piątek, 23 czerwca 2017

Moment

Nigdy tego nie wiemy, nie możemy przewidzieć. To taka chwila, taki moment. Potem wspominamy, zastanawiamy się nad tym, że to wszystko takie kruche, że jesteśmy tu tylko na chwilę. 
Pierwszego maja spacerowałam z mężem krakowskimi uliczkami, zachwycałam się ceramicznymi kogucikami i poszukiwałam tego idealnego.
Szedł pewnym krokiem, bardzo uśmiechnięty, z rodziną, a wiatr rozwiewał mu włosy. Od zawsze bardzo go szanuję jako artystę i pomyślałam, że muszę podejść, poprosić o autograf. Trochę się zawstydziłam i wysłałam męża. Ten odważnie podszedł, przeprosił i poprosił o autograf dla żony. 
Przystanął i się uśmiechnął. To był jego prywatny czas, a jednak poświęcił nam chwilę.
- Oczywiście, nie ma problemu, który dzisiaj mamy?
I tutaj wkradł się błąd i zamiast 01.05 zapisał 01.06. Teraz niewinna pomyłka ma dodatkowe znaczenie. Nie wiemy co nas czeka jutro. Ile czasu jest nam dane.
Ważne by patrząc za jego przykładem z życia czerpać pełnymi garściami i żyć z pasją. Bo nawet najbardziej błaha chwila, moment to cząstka całości i warta jest uwagi. 
Zawsze kiedy teraz patrzę na wesołego, krakowskiego kogucika przypominam sobie ten moment. 
I po cichutku nucę.
A na przywiezionej z Krakowa karteczce widnieje:
Z pozdrowieniami Z. Wodecki
01. 06. 2017


Pamiętajmy.


poniedziałek, 19 czerwca 2017

odnowa

W końcu musiało to kiedyś nastąpić. Dojrzewało we mnie powoli, ale ostatnio zaczęło już wrzeć
i wiedziałam, że wkrótce wykipi albo co gorsza wybuchnie. No i wybuchło. Eksplodowałam, nie mogłam już dłużej wytrzymać. Dwa lata prób, poszukiwań. Nie potrafię, no niestety nie umiem, noga ze mnie jeżeli chodzi o te sprawy.
Czerwień to nie mój kolor i choć uważam go za piękny, nie umiem się z nim obchodzić. Nic mi do niego nie pasuje. Próbowałam z bielą i z szarością, niby ładnie, ale to nie to. Myślałam też o boho, ale się nie odważyłam. Wreszcie po długich dyskusjach udało mi się przekonać męża, że może czas na zmiany. To nie tak, że mój mąż jak dyktator mi czegoś zabrania, coś narzuca.
Nie, dekoruję i urządzam dom jak tylko chcę, ale ta ściana to była jedyna rzecz o której sam zadecydował, a ja i tak chciałam to zmienić. Wiem straszna ze mnie żona;)
Także pewnego dnia, z duszą na ramieniu zapytałam go o to jaki kolor wybrałby w zastępstwie za jego ukochaną czerwień. Jakie było moje zdziwienie i ekscytacja zarazem kiedy usłyszałam...
muszę to przeliterować, bo długo to do mnie nie docierało (to ze szczęścia). Także wyobraźcie to sobie, jak na zwolnionym filmie, on wypowiada to słowo, a mnie powoli szczęka opada, a źrenice zaczynają się rozszerzać:
Z-I-E-L-O-N-Y.
Nie mogłam w to uwierzyć!!!


Machina ruszyła, żeby tylko nie zdążył się rozmyślić. W piątek po pracy, mając 25 minut między autobusami wpadłam do sklepu jak burza, wybrałam kolor o jakże kuszącej nazwie butelkowy adamaszek i popędziłam malować. Do wieczora ściana była gotowa. Jak mąż wrócił z pracy to po czerwonym nie było już śladu:)
Jak człowiek czegoś bardzo chce to nie ma na niego mocnych. Do tej pory się zastanawiam jak ja to łóżko przesunęłam, a tą szafę i materac? Przecież to waży tyle co dorosły słoń:)
Teraz dostałam wiatr w żagle i dekoruję. Tu granatowa poducha, tam grafitowy pled
i rośliny, dużo roślin. Sypialnia jeszcze nie jest gotowa, ale już czuję się w niej dużo lepiej
i o dziwo mąż też stwierdził, że taka mu się bardziej podoba. To nic, że odcień zieleni nie wyszedł taki jak chciałam (mógłby być bardziej szlachetny) i tak mi się bardzo podoba. Teraz to się będzie działo. Planuję powiesić grafiki roślin, znalazłam nawet fajne, darmowe, do druku, więc to tylko kwestia czasu. Dokupię jeszcze jakieś fajne rośliny i może dywanik z trawy morskiej i lusterko
w wiklinowej ramie, ach i jeszcze abażur lampki nocnej chcę zmienić, ale to wszystko powoli,
 mamy czas:)










granatowe poduszki IKEA
pled PEPCO
plakat (ozdobny papier do pakownia) TK Maxx

poniedziałek, 12 czerwca 2017

ładne kwiatki


Grono zagorzałych wielbicieli roślin w domu rośnie z dnia na dzień w tempie wręcz zastraszającym. No i bardzo dobrze, niech nas będzie jak najwięcej. Sadźmy, przesadzajmy, uprawiajmy i podlewajmy. Niech wokół zrobi się zielono.
Jak bardzo cieszy mnie ten wieczorny rytuał chodzenia po domu z konewką, w tą i z powrotem, tak 50 razy. Taki mój darmowy fitness. W górę i w dół, stajemy na palcach, a teraz podnosimy ciężka konewkę jak najwyżej i jeszcze raz, dasz radę! Normalnie Chodakowska :)
A na balkonie pachną już goździki, bazylia i mięta. Śmiało kiełkuje koperek i szczypiorek, chociaż mają wielkiego wroga w postaci mojego psa, który również pała pasją ogrodniczą, ale na razie trochę mu to destrukcyjnie wychodzi. Zamiast sadzić to wyrywa, ale równocześnie pięknie spulchnia im ziemię.


W domu rządzą:
Opuncja. Obiekt moich westchnień. Przedmiot pożądania u innych. Puszcza nowe liście
i niedługo podzielimy ją na dwie doniczki. Oczyma wyobraźni widzę ją już za parę lat. Piękną, wysoką i rozłożystą. Włada pozostałymi kaktusami, a właściwie kaktusikami, bo to straszne maleństwa jeszcze.



Fikus benjamina. Pierwsza roślina w naszym mieszkaniu. Kupiony w Biedronce na przecenie
za 19 zł. W ciągu ostatnich dwóch lat rósł jak oszalały i niedługo przerośnie regał z książkami. Dalej mały pnij się wyżej. Śmiało.
Geranium. Kocham, ubóstwiam wręcz pocierać jego liście i wąchać ten odurzający, lekko cytrynowy zapach. Kojarzy mi się z babcią, która w swoim pokoju miała piękny okaz na parapecie. Mój to taki trochę dzikus. Robi co chce, czasem wariuje zrzuca liście i puszcza nowe, w sposób zupełnie niekontrolowany. Jednego dnia zachwyca, drugiego marnieje w oczach tylko po to aby następnego wypuścić nowe listki.



Obok geranium po cichu zadomawia się monstera. Sadzonka "ukradziona" z pracy, bo taka podobno lepiej się przyjmuje;) Trzymam za nią kciuki. Ostatnio udało mi się z jednej macierzystej monstery uzyskać dodatkowe trzy roślinki. Także niedługo moi podopieczni będą mieć swoją własną urban jungle.



W sypialni zawitała ostatnio nowa roślina z Ikei. Podpisana jako pieprzówka, ale młodziutka bardzo przypomina upragnioną pileę. Ostatnio wracając do domu, o mało się nie zabiłam, potykając
o wystający kamień i lecąc jak długa z siatami przed siebie. Powodem mojego publicznego zażenowania była dorodna pilea, na parapecie w mieszkaniu na parterze. Nie znam ludzi, ale uwierzcie, że przeszła mi przez głowę myśl, żeby do nich zapukać i zapytać czy można poprosić
o maleńką, maciupeńką sadzonkę. Niestety moja pewność siebie tutaj zawiodła. Pozbierałam rozsypane jabłka i patrząc już uważnie pod nogi poczłapałam do domu.


Obok oszukanej pilei pojawił się nowy kaktus. Nie znamy się jeszcze zbyt dobrze i poszukuję jego nazwy, ale bardzo się polubiliśmy. Wierzę, że urośnie duży, taki jak obiekty westchnień z licznych, zagranicznych instagramów.


W koszu puszy się dumnie podarowana przez sąsiadkę kliwia. Nie mogę się doczekać jak zakwitnie. Mam taką w pracy i wiem, że posiada piękne pomarańczowe kwiaty na długiej łodydze. Obecnie
z podłogi powędrowała na komodę, bo może zaszkodzić naszemu psiakowi, a ten ma apetyt nieposkromiony i chętnie próbuje nawet rośliny.
W kuchni odżywa też śmieszny, szczepiony na pieńku kwiatek. Uratowany przed zagładą
z Biedronki. Kupiony za jakieś śmieszne pieniądze, prawie zasuszony na śmierć, ale miał w sobie coś takiego, że postanowiłam go przygarnąć i uratować. Potem sama prawie go wykończyłam bezczelnie wyjeżdżając na miodowy miesiąc (trwał znacznie krócej, nie ma tak dobrze). Śmieję się, że usychał
z tęsknoty, ale tak naprawdę zapomniałam go porządnie podlać.


Ach i prawie zapomniałam o szczawiku trójkątnym. O nim też długo marzyłam i w końcu zupełnym przypadkiem trafiłam na niego w maleńkiej kwiaciarni ukrytej w bocznych uliczkach Katowic. Kwitnie już drugi raz. Na długich łodygach wypuszcza delikatne różowe kwiatki. Pięknie ozdabia kuchenne półki.
Oczywiście moja roślinna drużyna ma znacznie większy skład, ale może wystarczy już tej gadaniny:)
Trzymajcie się ciepło i biegiem do sadzenia:)


piątek, 5 maja 2017

przeczekam

Czasami jest tak, że nic ci nie pomoże. Możesz się starać bardzo, z całych sił. Walczyć o każdy promyk, każdy cień uśmiechu, ale to na nic, bo tam w środku, głęboko jest bardzo ciemno, jak na razie za ciemno żeby udało się coś wskrzesić. Nie pomoże ci wtedy promień słońca, pachnący bez, weekend
w Krakowie czy zaczepne szczekanie psa. Nie pomoże ci miłość najbliższych i słowa pocieszenia "wszystko będzie dobrze". Nie pomoże. Lęk jest za silny, głęboko zakorzeniony i uwolnienie się od niego jeszcze potrwa. Tak po prostu jest i musisz nauczyć się żyć normalnie, spróbować się uspokoić, wyciszyć. Bo będzie kiedyś znowu normalnie. Tylko teraz mnie przytul i pozwól się wypłakać, przykryj mnie kocem i pogłaszcz po głowie, a ja tu cichutko sobie przeczekam, przetrwam do dni kiedy przyjdą dobre wiadomości i znowu będzie dobrze.
Nie doceniamy tych normalnych, zwyczajnych dni dopóki jedna wiadomość nie wywróci nam życia do góry nogami. Dopóki nie okaże się, że tak naprawdę to jesteśmy słabi i nie radzimy sobie. Jak bańka mydlana pęka poczucie naszej siły.
Po co to piszę? Bo tak czasem w życiu bywa. W moim i twoim, tak jest. Boli.
Na dnie zagnieździła się paskuda i nie chce puścić, nie chce odejść.
Przeczekam.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Lubię wracać

Wracam do domu i buzia mi się śmieje.
I nie ma już znaczenia to, że przez wieczne korki zamiast 35 minut, do domu wracałam 1,5 godziny.  Za towarzysza podroży miałam z lewej strony pana po spożyciu, a za sobą panią wcinającą bułę z czosnkową kiełbachą. Znika również podirytowanie spowodowane tym, że znowu w kasie przede mną kupowała taka co sobie ceny nie sprawdziła i teraz będzie zakupy wycofywać. Mnie zaraz żołądek z głodu zacznie trawić sam siebie, a obiad jeszcze w formie części składowych w koszyku. Zapomnę o tym, ze pobiłam kolejny rekord jazdy w windzie na wdechu, sami możecie się domyślić dlaczego. Tu muszę podkreślić, że ja naprawdę kocham ludzi, tylko czasami tak mi się to wszystko nałoży.
Jednak w tym momencie w zapomnienie idą wszystkie drobne nieprzyjemności z całego dnia.
Natychmiast po przekroczeniu progu mojego mieszkania ciśnienie spada, nawet jeżeli wdepnę w mokry prezent zostawiony przez mojego malutkiego szczeniaka albo dostrzegę utworzony rano w popłochu chaos, jak po wybuchu bomby atomowej (i nie wskażę palcem Kochanie,
 kto tą bombę odpalił).
 Nic, absolutnie nic mnie nie rusza. Jestem na miejscu, wróciłam do bazy. 
Bazy, która nie tylko ma mnie wyciszyć, ale również pozwolić mi naładować baterie i rozweselić.
Dlatego wprowadzam do domu kolorowe akcenty (wesołe poduchy, ceramiczne kaktusy czy robale na ścianie) i elementy wyciszające, dające ukojenie. 
Wciąż dokupuję nowe rośliny i robię kolejne sadzonki, chodzę po domu z konewką jak rasowy ogrodniki sukcesywnie tworzę sobie namiastkę wymarzonego ogródka. Zdanie "Kochanie dokupisz mi nowy worek ziemi" już wkrótce stanie się u nas normą, niech no tylko zrobi się cieplej to przeniosę się na balkon. W tym roku zamierzam dać upust swoim ogrodowym zachciankom i zaszaleć na balkonie. 
To mnie wycisza, relaksuje.






A skąd ten uśmiech na twarzy po powrocie? Jestem po prostu zadowolona ze swojej pracy, moje mieszkanie mi się podoba. To strasznie fajne uczucie. Lubię moje niebieskie krzesła, które w pocie czoła sama odnowiłam, tak jak i wymarzony, okrągły stół, przy którym z radością spędzamy czas. Lubię duże okna wpuszczające słońce do domu i moje drobne umilacze. Uwielbiam każdego kwiatka
i każdą poduszkę. Gdyż nie należę do grona tych, którzy mieszkanie traktują tylko jako przestrzeń użytkową - ma być wygodnie i funkcjonalnie - o nie u mnie jest jeszcze wiele innych wytycznych, które muszą zostać spełnione. Każdy przedmiot musi mieć to coś.










Teraz wróciłam, zaraz zmyję makijaż, zwiąże przerzedzone kosmyki, wrzucę na siebie dres, wyściskam pieska, a potem przy dźwiękach płynących z radia machnę pyszne spaghetti.
Wieczorem trochę telewizji (ogłupiacze mile widziane) i rzut okiem na duży pokój, bo może wpadnie mi coś do głowy co można jeszcze zmienić, by uśmiech na twarzy po powrocie do domu był jeszcze większy.
A jutro zacznie się wszystko od nowa.


Pozdrawiam Jagoda:)