piątek, 5 maja 2017

przeczekam

Czasami jest tak, że nic ci nie pomoże. Możesz się starać bardzo, z całych sił. Walczyć o każdy promyk, każdy cień uśmiechu, ale to na nic, bo tam w środku, głęboko jest bardzo ciemno, jak na razie za ciemno żeby udało się coś wskrzesić. Nie pomoże ci wtedy promień słońca, pachnący bez, weekend
w Krakowie czy zaczepne szczekanie psa. Nie pomoże ci miłość najbliższych i słowa pocieszenia "wszystko będzie dobrze". Nie pomoże. Lęk jest za silny, głęboko zakorzeniony i uwolnienie się od niego jeszcze potrwa. Tak po prostu jest i musisz nauczyć się żyć normalnie, spróbować się uspokoić, wyciszyć. Bo będzie kiedyś znowu normalnie. Tylko teraz mnie przytul i pozwól się wypłakać, przykryj mnie kocem i pogłaszcz po głowie, a ja tu cichutko sobie przeczekam, przetrwam do dni kiedy przyjdą dobre wiadomości i znowu będzie dobrze.
Nie doceniamy tych normalnych, zwyczajnych dni dopóki jedna wiadomość nie wywróci nam życia do góry nogami. Dopóki nie okaże się, że tak naprawdę to jesteśmy słabi i nie radzimy sobie. Jak bańka mydlana pęka poczucie naszej siły.
Po co to piszę? Bo tak czasem w życiu bywa. W moim i twoim, tak jest. Boli.
Na dnie zagnieździła się paskuda i nie chce puścić, nie chce odejść.
Przeczekam.


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Lubię wracać

Wracam do domu i buzia mi się śmieje.
I nie ma już znaczenia to, że przez wieczne korki zamiast 35 minut, do domu wracałam 1,5 godziny.  Za towarzysza podroży miałam z lewej strony pana po spożyciu, a za sobą panią wcinającą bułę z czosnkową kiełbachą. Znika również podirytowanie spowodowane tym, że znowu w kasie przede mną kupowała taka co sobie ceny nie sprawdziła i teraz będzie zakupy wycofywać. Mnie zaraz żołądek z głodu zacznie trawić sam siebie, a obiad jeszcze w formie części składowych w koszyku. Zapomnę o tym, ze pobiłam kolejny rekord jazdy w windzie na wdechu, sami możecie się domyślić dlaczego. Tu muszę podkreślić, że ja naprawdę kocham ludzi, tylko czasami tak mi się to wszystko nałoży.
Jednak w tym momencie w zapomnienie idą wszystkie drobne nieprzyjemności z całego dnia.
Natychmiast po przekroczeniu progu mojego mieszkania ciśnienie spada, nawet jeżeli wdepnę w mokry prezent zostawiony przez mojego malutkiego szczeniaka albo dostrzegę utworzony rano w popłochu chaos, jak po wybuchu bomby atomowej (i nie wskażę palcem Kochanie,
 kto tą bombę odpalił).
 Nic, absolutnie nic mnie nie rusza. Jestem na miejscu, wróciłam do bazy. 
Bazy, która nie tylko ma mnie wyciszyć, ale również pozwolić mi naładować baterie i rozweselić.
Dlatego wprowadzam do domu kolorowe akcenty (wesołe poduchy, ceramiczne kaktusy czy robale na ścianie) i elementy wyciszające, dające ukojenie. 
Wciąż dokupuję nowe rośliny i robię kolejne sadzonki, chodzę po domu z konewką jak rasowy ogrodniki sukcesywnie tworzę sobie namiastkę wymarzonego ogródka. Zdanie "Kochanie dokupisz mi nowy worek ziemi" już wkrótce stanie się u nas normą, niech no tylko zrobi się cieplej to przeniosę się na balkon. W tym roku zamierzam dać upust swoim ogrodowym zachciankom i zaszaleć na balkonie. 
To mnie wycisza, relaksuje.






A skąd ten uśmiech na twarzy po powrocie? Jestem po prostu zadowolona ze swojej pracy, moje mieszkanie mi się podoba. To strasznie fajne uczucie. Lubię moje niebieskie krzesła, które w pocie czoła sama odnowiłam, tak jak i wymarzony, okrągły stół, przy którym z radością spędzamy czas. Lubię duże okna wpuszczające słońce do domu i moje drobne umilacze. Uwielbiam każdego kwiatka
i każdą poduszkę. Gdyż nie należę do grona tych, którzy mieszkanie traktują tylko jako przestrzeń użytkową - ma być wygodnie i funkcjonalnie - o nie u mnie jest jeszcze wiele innych wytycznych, które muszą zostać spełnione. Każdy przedmiot musi mieć to coś.










Teraz wróciłam, zaraz zmyję makijaż, zwiąże przerzedzone kosmyki, wrzucę na siebie dres, wyściskam pieska, a potem przy dźwiękach płynących z radia machnę pyszne spaghetti.
Wieczorem trochę telewizji (ogłupiacze mile widziane) i rzut okiem na duży pokój, bo może wpadnie mi coś do głowy co można jeszcze zmienić, by uśmiech na twarzy po powrocie do domu był jeszcze większy.
A jutro zacznie się wszystko od nowa.


Pozdrawiam Jagoda:)



czwartek, 13 kwietnia 2017

delikatnie

Ja to mam szczęście.
 Pracuję z wyjątkowymi osobami i na co dzień mogę obserwować maleńkie dzieła sztuki.
Sztuki przez duże S, chociaż niewielu może ją dostrzec, zauważyć. Tworzą, kreują w sposób nieposkromiony i bez narzuconych z góry reguł. Tu wszystko jest możliwe i nic nie musi być jednoznaczne. Nie dążą do wiernego odtwarzania świata, lecz tworzą nowe światy, pełne barw
i sprzeczności. A to co z pozoru niedoskonałe staje się tym idealnym.

Ostatnio dzięki mojej pracy mogłam uczestniczyć w wielkanocnym kiermaszu organizowanym
przez Bibliotekę Śląską i podziwiać oraz upolować małe cuda. Rękodzieło wykonane przez osoby
z niepełnosprawnością intelektualną. I to tam za parę złotych, dosłownie - jajko 2 zł, kupiłam ozdoby wielkanocne. Nigdy się z tym nie kryłam, że kocham ceramikę, więc jak w szale biegałam pomiędzy stoiskami i szukałam perełek. Udało mi się kupić 3 ceramiczne, przepiękne jajka i dwa ptaszki (4 zł jeden). Wszystkie ozdoby zostaną ze mną po okresie świątecznym już na stałe. Są zbyt ładne żeby chować je do pudełek.
Ponieważ bardzo nie lubię kiczowatości wielkanocnych ozdóbek - plastikowych króliczków, stroików itp.
do ozdabiania domu na święta dokupiłam jeszcze tylko żonkile i wiązkę bazi.
Jest delikatnie i po mojemu.












Kochani chciałabym Wam wszystkim życzyć 
spokojnych, radosnych i rodzinnych świąt:)
Jagoda

czwartek, 6 kwietnia 2017

nowa królowa


Nie łóżko, nie kanapa i nawet nie lodówka. Nic z tych rzeczy. Kiedy wprowadzałam się do nowego mieszkania nawet przez myśl mi nie przeszło, że największym problemem okaże się zakup właściwej lampy. Te, które przykuwały moją uwagę śmiało przekraczały mój budżet, natomiast te z właściwą ceną były zupełnie nie w moim guście. Na coś trzeba było się zdecydować. Wisząca na kolorowym kablu żarówka wygląda fajnie i czasami się sprawdza, ale tutaj zupełnie mi nie pasowała. W końcu stanęło na ikeowskiej lampie z szerokim, beżowym abażurem. Prostej i minimalistycznej.
W porządku, ale nie powiem żebym była w stu procentach z niej zadowolona. Przez dwa lata rządziła
w naszym salonie, jednak ostatnio została zdetronizowana. Jej miejsce zajęła nowa, nowocześniejsza królowa. Ma klasyczny kształt, ale wykonana jest z białych listewek, przez co jest ciekawsza od poprzedniej
i wygląda bardzo lekko. Od razu się polubiłyśmy:)
Przez to, że nie ma pełnego abażuru daje dużo więcej światła, a wieczorem listwy rzucają cienie i tworzą bardzo ciekawy efekt.
Nasza nowa władczyni przybyła do nas z odległej krainy zwanej Lidlem, a jej cena to 89 zł :)

I co o niej myślicie?







pozdrawiam Jagoda:)

niedziela, 2 kwietnia 2017

opuncja

Marzyłam o niej od dawna i wczoraj zupełnym przypadkiem znalazłam ją w jednym z dużych marketów budowlanych. Cieszę się jak dziecko:) 
A ostatnio niewiele rzeczy sprawia mi radość, taki czas...
Na szczęście mój uśmiech choć na chwilę znowu się pojawił .
W cenie około 33 zł mam tak naprawdę trzy rośliny, pięknie owocujące. Pani w sklepie powiedziała, że spokojnie mogę jeść jej owoce, ale raczej się nie odważę. Będę tylko cieszyć się ich urodą. 
Jeżeli właściwie się o nią zatroszczę to jest szansa, że każda urośnie nawet do 2 metrów :D
W przyszłości przesadzę je do osobnych doniczek, już nie mogę się doczekać. 



Chyba pojawił się tu malutki pączek kwiatowy albo nowy pęd, zobaczymy co z tego wyrośnie.
Teraz powinnam o niej trochę poczytać i przygotować się do jej właściwej pielęgnacji.
Trzymajcie kciuki, aby przy mnie przetrwała:)





Pozdrawiam Jagoda.